Ostatni etap kolei transsyberyjskiej

Pociąg wyruszył z dworca w Ułan Bator między ósmą a dziewiątą rano. Przed nami był ostatni odcinek kolei transsyberyjskiej, dzielący nas od Pekinu, do którego mieliśmy dotrzeć po około 30 godzinach. W wagonie restauracyjnym spotkaliśmy kilka osób poznanych na poprzednim odcinku trasy. Wyglądało na to, że większość turystów spędzała w mieście dwa dni. Jeżeli nie mieli okazji wyjechać gdzieś dalej, tak jak my, to należało to uznać za zbytek.

Rzeczywiście, tak jak zapewniała nas pani z biura biletowego, udało nam się opuścić Mongolię przed upływem ważności naszych wiz. Za granicą zaliczyliśmy długi postój, w trakcie którego w naszym pociągu wymieniano wózki z kołami. Rozstaw szyn w krajach byłego Związku Radzieckiego i w Mongolii jest większy, niż wynosi standard w pozostałej części świata. Wagony odczepiano jeden po drugim i podnoszono do góry wraz z całą zawartością. Następnie odkręcano szerokie wózki mocując w ich miejsce nowe, wąskie, po czym wagon lądował z powrotem na torach. Cała operacja trwała kilka godzin.

01020304

Ostatni poranek na trasie kolei transsyberyjskiej powitał nas piękną pogodą i niesamowitymi widokami. Tory kolejowe wiły się wzdłuż doliny, której środkiem płynęła rzeka. Po obu jej stronach w niebo strzelały majestatyczne górskie szczyty. Wjeżdżaliśmy w cieplejsze tereny, o czym świadczyła nie tylko wyższa temperatura powietrza, ale przede wszystkim – bujna, soczyście zielona roślinność. Staliśmy przy oknach w korytarzu i podziwialiśmy okolicę.

01020304
 

Pierwsze wrażenia z Pekinu

Wczesnym popołudniem pociąg wjechał do Pekinu. Za oknami widzieliśmy szare, cementowe slumsy, zabudowane po brzegi parterowymi domkami w kształcie klocków, najwyraźniej od wielu lat pozostające w symbiozie z rozciągającym się po horyzont bałaganem. Dopiero bliżej centrum miasto nabierało większego uporządkowania. Opuściliśmy dworzec kolejowy w tłumie podróżnych i stanęliśmy pośrodku przestrzennego placu, który mimo dużych rozmiarów, nadal wydawał się zatłoczony. Skierowaliśmy się w stronę kilku taksówek zaparkowanych przy krawężniku i dopiero stojąc tuż obok nich zauważyliśmy meandrującą kolejkę, w której na miejsce w pojeździe oczekiwały dosłownie setki Chińczyków. Zrezygnowani ustawiliśmy się na końcu długiego ogonka. W międzyczasie Michał próbował dodzwonić się do Minga, chińskiego znajomego z dawnych lat, z którym mieliśmy spotkać się na wspólne zwiedzanie Pekinu. Byliśmy uratowani – okazało się, że jego pociąg także przyjechał właśnie na ten sam dworzec. W osobie Minga i dziewczyny, z którą przyjechał, oprócz towarzystwa zyskaliśmy również tłumaczy i przewodników po chińskich realiach. Całą szóstką ruszyliśmy do hostelu, gdzie mieliśmy spotkać się jeszcze z Anią, Adrianem i Ulą, dolatującymi do Pekinu samolotem.

Była to dla mnie druga wizyta w Pekinie – pierwsza miała miejsce w 1998 roku, kiedy nikomu w Chinach nawet nie śnił się pomysł urządzenia w mieście olimpiady. Miałem wtedy zaledwie 13 lat, ale kilka obrazów z tamtego Pekinu pamiętam do dzisiaj – po części dlatego, że wycieczka do Chin była pierwszą tak daleką i egzotyczną podróżą. Oprócz przechowywanych w głowie fotografii głównych atrakcji turystycznych, takich jak Zakazane Miasto, Pałac Letni czy Świątynia Nieba, odgrzebuję w pamięci także kilka widoków wprost z pekińskich ulic. Zapamiętałem między innymi spacer po rozległych slumsach, zbliżonych do tych, które widzieliśmy teraz z okien pociągu. Panował tam niemożliwy do opisania bałagan, rzucający się w oczy na tle betonowej szarzyzny. Najgorszy był potworny fetor, pochodzący chyba od wspólnych dla całej ulicy toalet. Zaglądając przez otwarte bramy nierzadko zauważyć można było biegające po podwórkach kury. Wszystko to w turystycznym centrum miasta, choć skrzętnie ukryte za fasadami wystawnych budynków otaczających plac Tienanmen. W rok po zakończeniu olimpiady staliśmy jednak pośrodku eleganckiej dzielnicy sklepów, w witrynach których królowały zachodnie marki. Odrestaurowaną ulicą kursował nawet w tę i z powrotem wystylizowany na zabytek tramwaj. Tego wszystkiego nie było w tym miejscu przed dziesięcioma laty. Nieznający zbyt dobrze miasta turyści mogliby nawet wziąć tę sporą handlową dzielnicę za pieczołowicie odrestaurowaną starówkę. Wątpliwości wzbudzić mógł jedynie drobny szczegół – niektóre uliczki kończyły się murem z wymalowanym „freskiem” imitującym dalszą część miasta. Zastanawiające, co znajdowało się za tymi ścianami. Być może to pozostałości dzielnicy, którą kojarzyłem sprzed lat. Miasto w tym czasie przeszło olbrzymie, choć raczej powierzchowne zmiany i nadal skrywało w sobie (choć zapewne dużo szczelniej, niż kiedyś) mnóstwo przedziwnych zakątków.

01020304
 

Pekin: Pałac letni i ogrody cesarzowej

Następnego dnia po przyjeździe pojechaliśmy do Ogrodu Letniego – rozległego parku, któremu obecny kształt nadała pod koniec XIX wieku cesarzowa Cixi, rujnując przy tym państwowy budżet. Park przylega do sztucznego jeziora, którego powierzchnia przekracza ponad 2 kilometry kwadratowe i skrywa wśród zieleni liczne pałace, świątynie, pagody, altany, pawilony i mnóstwo innych, pięknie zdobionych budowli o typowo azjatyckiej architekturze. Okolica ta stanowi ulubione miejsce odpoczynku mieszkańców Pekinu, a także cel niezliczonych pielgrzymek turystów. Tuż po wejściu na teren parku utknęliśmy w tłumie zwiedzających. Każdy spacerował po ogrodach na własną rękę, w efekcie potoki spacerowiczów przelewały się głównymi alejkami w obydwu kierunkach, od czasu do czasu nawet występując z brzegów. Pojęcie tłumu nabiera w Chinach zupełnie nowego znaczenia. Mimo ogromnych przestrzeni i rozmachu (place i ulice są zazwyczaj bardzo szerokie, jak gdyby już na etapie planowania przewidziano gigantyczne natężenie ruchu), w niektórych miejscach tłum tężał niewyobrażalnie, jakby w ten słoneczny, sobotni dzień do miasta ściągnęła jedna siódma ludzkości, wyludniając na kilka godzin całą resztę Chin.

0102030405060708
 

Mur Chiński jest Wielki

Zwiedzanie w tłumie zmęczyło nas całkowicie i wspólnie stwierdziliśmy, że spróbujemy, w miarę możliwości unikać tłoku. Na następny dzień zaplanowaliśmy spacer po Murze Chińskim, postanowiliśmy jednak udać się nieco dalej od Pekinu. Najbliżej mielibyśmy do miejscowości Badaling (około 70 kilometrów), przeczuwając jednak, że cały tłum turystów, który poprzedniego dnia zwiedzał z nami Pałac Letni, przeniesie się właśnie tam, postanowiliśmy ich przechytrzyć. Poza tym, mieliśmy ochotę przejść się kawałek dzikim odcinkiem muru. Takie atrakcje oferował około 10-kilometrowy odcinek otwarty dla turystów i łączący Jinshanling z Simatai. Musieliśmy dotrzeć około 100 kilometrów od miasta. Wyruszyliśmy autobusem z dworca położonego na obrzeżach centrum, znajdującego się w podziemiach jednego ze szklanych biurowców. Po około półtorej godziny jazdy kierowca dał nam gestami znak, że to nasz przystanek i wskazał na stojące nieopodal taksówki, do których przesiedliśmy się całą dziewiątką. Styl jazdy tutejszych kierowców, choć może nieco bardziej cywilizowany niż w Mongolii, nadal jednak uwzględniał wyprzedzanie na zakrętach, a kwestie pierwszeństwa przejazdu zazwyczaj rozstrzygano za pomocą klaksonów. Piesi i rowerzyści, nie mający dostępu do sygnalizacji dźwiękowej, siłą rzeczy spadali na koniec kolejki.

Dziesięciokilometrowy dziki odcinek muru pokonaliśmy w nieco ponad cztery godziny. Po drodze to wspinaliśmy się po wysokich stopniach, to znów schodziliśmy w dół, odliczając kolejne wieżyczki strażnicze. W jednej z nich, mniej więcej w połowie drogi, niespodziewanie dla nas zaszyli się dwaj chińscy żandarmi i sprzedali wszystkim po bilecie na dalszą część wyprawy. Chyba nie mieli tego dnia dużego utargu, przez całą bowiem drogę spotkaliśmy może raptem 30 innych turystów. Najwyraźniej pozostali tłoczyli się w tym czasie w turystycznym Badaling. My jednak, tak jak chcieliśmy, zobaczyliśmy kawałek dzikiego muru, nierzadko musieliśmy omijać dziury po osuniętych kamieniach i okrążać odcinki, które natura nieubłaganie próbowała przydusić roślinnością. Pod koniec trasy spotkaliśmy też kilku robotników, którzy naprawiali wyrwę i wyrównywali bruk pokrywający górną powierzchnię muru. Biorąc pod uwagę długość budowli możemy być pewni, że z takim nakładem sił dzikie i słabo dostępne odcinki będą istnieć jeszcze bardzo długo. Zeszliśmy z muru i w promieniach zachodzącego słońca skierowaliśmy się w doliny, do Simatai, gdzie mieli czekać na nas umówieni taksówkarze.

01020304
 

Zakazane Miasto, Świątynia Nieba i inne atrakcje

W kolejnych dniach, przeciskając się przez tłumy turystów, zwiedziliśmy jeszcze Zakazane Miasto oraz Świątynię Nieba. W każdym z tych miejsc godnie konkurowaliśmy z atrakcjami turystycznymi – nasze zachodnie rysy twarzy działały na Chińczyków jak magnes, ponieważ podobno zdjęcie z uśmiechniętym obcokrajowcem przynosiło im życiowe szczęście. Nie wiemy ile osób dzięki nam wygrało dotąd na loterii. Z początku bawiło nas to zjawisko, i chętnie pozowaliśmy do zdjęć, później jednak zauważyliśmy, że pierwsza zgoda na fotografię powodowała, że natychmiast ustawiała się do nas kolejka spragnionych szczęścia Chińczyków.

0102030405060708

Ostatniego dnia w Pekinie skład osobowy naszej wycieczki trochę się zmniejszył. Ming i jego towarzyszka wracali do swojego miasta, Michał i Ula pojechali pociągiem do Tybetu, a my późnym wieczorem wyruszaliśmy do Xi’an, by zobaczyć słynną terakotową armię. Z Michałem i Ulą mieliśmy spotkać się za niecały tydzień w Chengdu na południu Chin.

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 2
17.jpg
Forum podróżnicze