Mur Chiński jest Wielki

Zwiedzanie w tłumie zmęczyło nas całkowicie i wspólnie stwierdziliśmy, że spróbujemy, w miarę możliwości unikać tłoku. Na następny dzień zaplanowaliśmy spacer po Murze Chińskim, postanowiliśmy jednak udać się nieco dalej od Pekinu. Najbliżej mielibyśmy do miejscowości Badaling (około 70 kilometrów), przeczuwając jednak, że cały tłum turystów, który poprzedniego dnia zwiedzał z nami Pałac Letni, przeniesie się właśnie tam, postanowiliśmy ich przechytrzyć. Poza tym, mieliśmy ochotę przejść się kawałek dzikim odcinkiem muru. Takie atrakcje oferował około 10-kilometrowy odcinek otwarty dla turystów i łączący Jinshanling z Simatai. Musieliśmy dotrzeć około 100 kilometrów od miasta. Wyruszyliśmy autobusem z dworca położonego na obrzeżach centrum, znajdującego się w podziemiach jednego ze szklanych biurowców. Po około półtorej godziny jazdy kierowca dał nam gestami znak, że to nasz przystanek i wskazał na stojące nieopodal taksówki, do których przesiedliśmy się całą dziewiątką. Styl jazdy tutejszych kierowców, choć może nieco bardziej cywilizowany niż w Mongolii, nadal jednak uwzględniał wyprzedzanie na zakrętach, a kwestie pierwszeństwa przejazdu zazwyczaj rozstrzygano za pomocą klaksonów. Piesi i rowerzyści, nie mający dostępu do sygnalizacji dźwiękowej, siłą rzeczy spadali na koniec kolejki.

Dziesięciokilometrowy dziki odcinek muru pokonaliśmy w nieco ponad cztery godziny. Po drodze to wspinaliśmy się po wysokich stopniach, to znów schodziliśmy w dół, odliczając kolejne wieżyczki strażnicze. W jednej z nich, mniej więcej w połowie drogi, niespodziewanie dla nas zaszyli się dwaj chińscy żandarmi i sprzedali wszystkim po bilecie na dalszą część wyprawy. Chyba nie mieli tego dnia dużego utargu, przez całą bowiem drogę spotkaliśmy może raptem 30 innych turystów. Najwyraźniej pozostali tłoczyli się w tym czasie w turystycznym Badaling. My jednak, tak jak chcieliśmy, zobaczyliśmy kawałek dzikiego muru, nierzadko musieliśmy omijać dziury po osuniętych kamieniach i okrążać odcinki, które natura nieubłaganie próbowała przydusić roślinnością. Pod koniec trasy spotkaliśmy też kilku robotników, którzy naprawiali wyrwę i wyrównywali bruk pokrywający górną powierzchnię muru. Biorąc pod uwagę długość budowli możemy być pewni, że z takim nakładem sił dzikie i słabo dostępne odcinki będą istnieć jeszcze bardzo długo. Zeszliśmy z muru i w promieniach zachodzącego słońca skierowaliśmy się w doliny, do Simatai, gdzie mieli czekać na nas umówieni taksówkarze.

01020304
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

31.jpg
Forum podróżnicze