Terakotowi strażnicy w Xian

Wraz z tłumem innych podróżnych wylaliśmy się z pociągu wczesnym popołudniem. Od razu skierowaliśmy się do kas, by na czekający nas ostatni etap podróży koleją do Chengdu wykupić miejsca leżące. W hali dworca znajdowało się mnóstwo kas, jednak tylko w jednej z nich można było porozumieć się po angielsku. Zanieśliśmy nasze bagaże do taniego, ale bardzo dobrego hotelu i ruszyliśmy w miasto. Główne arterie były znacznie węższe, niż w Pekinie, a zabudowa w centrum - dużo bardziej zwarta. Wszystkie ulice przecinały się pod kątem prostym, dzieląc miasto siatką dość regularnych kwadratów. Centrum otoczone było gigantycznymi murami miejskimi. Pierwszy dzień spędziliśmy głównie na spacerze po mieście i oddawaniu się kulinarnym rozkoszom.

01020304

Kolejnego dnia rano wyruszyliśmy autobusem miejskim do miejsca, w którym w latach 70-tych ubiegłego wieku kopiący studnię rolnik odkrył prawdziwy skarb – kilka naturalnej wielkości terakotowych figur żołnierzy, ubranych w stroje sprzed ponad dwóch tysięcy lat. Studnia nie została ukończona, ale w zamian za to światło dzienne ujrzało ponad 8000 terakotowych strażników miejsca wiecznego spoczynku cesarza. Z perspektywy dnia dzisiejszego można stwierdzić, że nie spełnili oni swego zadania i, paradoksalnie, cesarski grobowiec właśnie za ich sprawą nawiedzany jest codziennie przez tysiące ludzi. Wszędzie w Chinach najazdy wycieczek ze świata wykorzystywane są przez lokalną ludność jako doskonały sposób na biznes. Wokół każdej atrakcji turystycznej gromadzą się w gigantycznej ilości różnego pokroju handlarze. Niektórzy mają swoje stragany, inni kręcą się po okolicy z naręczami pocztówek, breloczków, koszulek i innych bibelotów „made in China”. Sprzedaż ma hiperaktywny charakter i doprawdy ciężko czasem opędzić się od natrętnych handlarzy. Nieraz musieliśmy salwować się ucieczką, tak jak na parkingu przed wejściem do Muzeum Armii Terakotowej, gdzie sprzedawczyni goniła nas biegiem przez dobrych kilkadziesiąt metrów.

010203

Przed przyjazdem do Xian widzieliśmy różne opinie o tym, czy terakotowi żołnierze są warci obejrzenia. Zdania były podzielone pomiędzy rzesze zwolenników, którzy uznawali je za jeden z cudów świata, a zastępy rozczarowanych, uważających muzeum za przereklamowane. Ci drudzy mieli najczęściej zastrzeżenia do sposobu prezentacji – odkopane labirynty grobowca ogląda się z góry, w środku zaś poustawiani są żołnierze. Spora część z nich została jednak odtworzona i uzupełniona w dzisiejszych czasach. Być może części z nich zaszkodziły dwa tysiąclecia spędzone w ziemi, ale znaczną ilość zapewne uszkodzono w trakcie wydobycia. Widzieliśmy zarzuty, że to „ot, po prostu muzeum z tysiącami rzeźb”. Będąc tam warto jednak uświadomić sobie ich historię i spojrzeć na skruszone kawałki terakoty jako na strażników historii. Pozostawali w ukryciu przez wieki i dopiero teraz ujrzeli światło dzienne. Ciekawe swoją drogą, ile jeszcze takich symbolicznych, terakotowych armii nadal pilnuje ukrytych skarbów i czeka na to, aż nieprzeczuwający niczego rolnik zdecyduje się wykopać w pobliżu studnię.

01020304

Wieczorem opuszczaliśmy miasto, by udać się w ostatnią podczas tej wyprawy daleką podróż pociągiem. Ostatnie godziny w Xian spędziliśmy w ulicznym barku naprzeciwko naszego hotelu, gdzie siedząc na niskich taboretach, które właściciel ustawił dla nas wprost na chodniku, piliśmy lokalne piwo i pogryzaliśmy szaszłyki. Serwujący je kucharz traktował nas jak honorowych gości. Siedząc na widoku wszystkich przechodniów byliśmy chyba niezłą reklamą dla jego kuchni. Co jakiś czas obrzucał nas serdecznym uśmiechem, zaś jego fizjonomia zdawała się wyrażać dumę: „Patrzcie, oto w moim barze stołują się zachodni turyści. To znaczy, że serwuję naprawdę dobre jedzenie”. Rzeczywiście, nie narzekał chyba na brak klientów.

01020304
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

49.jpg
Forum podróżnicze