Święta góra Emei Shan

Kolejnego dnia mieliśmy całą siódemką wyruszyć na zdobywanie góry Emei. Okazało się jednak, że ciężkie i zanieczyszczone powietrze w Chengdu nie pomogło części z nas wyleczyć złapanego wcześniej przeziębienia, które teraz zaczęło objawiać się suchym, gruźliczym kaszlem, a nawet kłuciem w klatce piersiowej. Był październik 2009 roku - w mediach nie tylko w Polsce, ale także w południowo-wschodniej Azji przeważały wtedy doniesienia o świńskiej grypie, na granicach państwowych, lotniskach i dworcach mierzono bezdotykowo temperaturę i mając w perspektywie przejazd do Hongkongu nie chcieliśmy ryzykować pogorszenia stanu zdrowia. Zdecydowaliśmy się więc rozdzielić wycieczkę na dwie grupy: Michał, Piotrek, Ula i Jacek pojechali zdobywać górę, a ja, Ania i Adrian zostaliśmy w Chengdu, by podreperować zdrowie. Z dużym trudem kupiliśmy w aptece lekarstwa – o ile do opisania objawów wystarczył doskonale rozumiany na całym świecie język kaszlnięć i kichnięć, o tyle problem pojawił się, gdy przyszło dowiedzieć się, w jakich dawkach należy przyjmować lek. Pani w aptece nie mówiła ani słowa po angielsku, my – ani słowa po chińsku, nie przeszkadzało nam to jednak monologować w swoich językach. W końcu ulotkę przetłumaczył recepcjonista w hotelu. Dodatkowo, dopiero teraz zorientowaliśmy się, że na pobyt w tym mieście policzyliśmy o jeden dzień za dużo. Jeśli nie udałoby się przebukować biletów do Shenzen, które kupiliśmy jeszcze w Polsce, spędzilibyśmy w tym mieście ponad tydzień. Zdecydowanie woleliśmy spędzić ten nadmiarowy czas w Hongkongu, gdzie, jak podejrzewaliśmy, samo chodzenie po mieście będzie dostarczać nie lada atrakcji. Ostatecznie udało się przesunąć datę wylotu o jeden dzień.

01020304

Wedle relacji, którą usłyszeliśmy od zdobywców Emei po ich powrocie, decyzja o pozostaniu w hotelu była słuszna, ze względu na najzimniejszą noc w trakcie całej wyprawy, jaką spędzili oni na wysokości ponad 2000 metrów. Spali w kurtkach i czapkach. Stwierdzili, że z naszą „świńską grypą” zostalibyśmy na szczycie na wieki. Na górę można wjechać kolejką linową, albo wejść po kamiennych stopniach, lecz droga tam i z powrotem trwa kilkanaście godzin. Szczyt spowijała gęsta mgła, jednak zamieszkane nadal buddyjskie klasztory, czy dalekowschodnie pagody same w sobie stanowiły wystarczającą atrakcję turystyczną. Drogę na górę cała czwórka pokonała samochodem i kolejką linową, po czym, już na piechotę, zaczęli długi marsz w dół. Obowiązkowym wyposażeniem każdego turysty odwiedzającego górę Emei jest bambusowy kij, który stanowić ma broń na wypadek ataku ze strony małp. Małpy rzeczywiście towarzyszyły przez całą niemal drogę w dół, jednak były dość spokojne i chętnie pozowały do zdjęć. Na trasie wędrówki rozlokowane są klasztory-schroniska, w których można spędzić noc. Mnisi odpowiadają za porządek nie tylko fizyczny, ale również moralny – pokoje nie są koedukacyjne i Ula musiała spać w pokoju z jakąś nieznajomą Chinką. Cała wycieczka trwała półtora dnia.

0102030405060708
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

24.jpg
Forum podróżnicze