Powrót do Chin

Opuszczaliśmy Hongkong z pewnym żalem, zdając sobie sprawę, że nieprędko pewnie zdarzy nam się ponownie być w tak barwnym miejscu – barwnym zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i kulturowym. Na stacji w centrum miasta wsiedliśmy w pociąg metra, który po około godzinie jazdy zawiózł nas na granicę, do Shenzhen. Kontrole graniczne przechodziliśmy w ostatnich dniach kilkukrotnie: przy wjeździe do Hongkongu, potem w Makau oraz kolejny raz po powrocie do miasta, i wreszcie ostatniego dnia – wjeżdżając do Chin. Nasze paszporty w ciągu niecałego tygodnia zapełniły się mnóstwem pieczątek. Z uwagi na zagrożenie świńską grypą, na każdym z przejść granicznych wypełnialiśmy też długie ankiety dotyczące naszego stanu zdrowia, w których spowiadaliśmy się z każdego niemal kaszlnięcia, zauważonego u siebie w ostatnich dniach. Kartki oddawało się celnikom, trafiały jednak na jeden wspólny stos i wydaje się, że nikt ich potem nie czytał.

Do Szanghaju dotarliśmy wieczorem, toteż pierwszego dnia nie zostało nam w zasadzie czasu na nic, poza udaniem się do hotelu. Kolejnego dnia jednak naprawiliśmy ten błąd i postanowiliśmy odszukać wielkomiejski klimat, który znaleźliśmy wcześniej w Hongkongu. Główną ulicą Nanjing Road, zamkniętą dla ruchu kołowego, podążały tłumy mieszkańców i turystów. Nasze europejskie, blade twarze były dość często zaczepiane przez całkiem nieźle mówiącą po angielsku lokalną młodzież. W hostelu znaleźliśmy jednak informację, by być w takich kontaktach bardzo ostrożnym. Pod pozorem podszlifowania znajomości języka, turyści są bowiem zapraszani na herbatę lub do restauracji, a tuż przed płaceniem kolosalnego rachunku nowo poznani towarzysze ulatniają się nagle. Pracują w ten sposób jako naganiacze. Na szczęście nie dane nam było przekonać się o tym na własnej skórze, z for internetowych i zasłyszanych opowieści wiedzieliśmy jednak, że polecane przez nich ceremoniały parzenia herbaty albo drinki w barach kończyły się nierzadko kilkuset złotowym rachunkiem. W ogóle w Chinach warto z bardzo dużym dystansem podchodzić do proponowanych przez sprzedawców cen. Początkowe stawki nierzadko uwzględniają nawet 10-krotne przebicie ostatecznej kwoty. Nierzadko wystarczyło po prostu odwrócić się na pięcie, by cena spadła o ponad połowę, a był to dopiero początek długotrwałych targów. W ich trakcie zazwyczaj można było zaproponować własną cenę, po usłyszeniu której z kolei sprzedawca odchodził sprawiając wrażenie obrażonego i od niechcenia tylko spoglądając przez ramię. Zauważywszy, że my robimy to samo, zaczynał pogoń za klientem. Potem sprzedawcy zazwyczaj rozpoczynali historię o całej rodzinie na utrzymaniu – co wrażliwsze serca miękły, podnosząc swoją cenę o kilka procent i targ był dobity. Chyba każde pytanie o cenę towaru kończy się na chińskich bazarach transakcją, ale biorąc pod uwagę i tak niskie ceny, nie stanowi to problemu. Zabawne są natomiast historie, które można znaleźć na (amerykańskich zazwyczaj) forach podróżniczych w Internecie, kiedy to zadziwieni użytkownicy zaczynają się domyślać, że kupiony za kilka tysięcy juanów zestaw do parzenia herbaty może nie być w rzeczywistości chińskim antykiem. A nawet, że można go zakupić w sieci Wall Mart za kilkanaście dolarów. Chińscy sprzedawcy zapewne opuścili by cenę do takiego poziomu, jednak turystom najwyraźniej zabrakło cierpliwości. Czas to jednak pieniądz. Nierzadko bardzo duży pieniądz.

 

Szanghaj - wieżowce, starówka i parzenie herbaty

Ruszyliśmy w kierunku dzielnicy Bund, porośniętej przez nowoczesne, szklane biurowce. Na drugą stronę rzeki przeprawiliśmy się podziemną kolejką – kilkuosobowe, automatycznie sterowane wagoniki niespiesznie przemierzały tunel, w którym odbywało się świetlno-dźwiękowe przedstawienie. W ścianach tunelu rozlokowane były tysiące diod, które zmieniały barwę odzwierciedlając autorskie wizje nieba, piekła i innych miejsc, których nie mieliśmy okazji obejrzeć w trakcie wyprawy. Kolejka kończyła swój krótki bieg u stóp dzielnicy wieżowców. W tamtym czasie najwyższym z nich był Shanghai World Financial Center – niemal 500 metrowej wysokości szklany budynek, który dzięki prześwitowi na ostatnich piętrach przypominał nam otwieracz do butelek. 101-piętrowy biurowiec uznawany był wówczas za najwyższy budynek na świecie, jeżeli za kryterium uznać wysokość od podstawy do dachu. Architekci nie zgodzili się bowiem na jego sztuczne wydłużenie za pomocą iglicy. Na ostatnim piętrze znajduje się najwyżej na świecie położony taras widokowy, którego nie mogliśmy ominąć. Wjazd windą kosztował majątek, ale w zamian za to otrzymaliśmy możliwość spacerowania po przezroczystej podłodze na wysokości prawie 500 metrów nad ziemią. Ponadto, słońce akurat chyliło się ku zachodowi i Szanghaj całkowicie oczarował nas widokiem – jak okiem sięgnąć rozciągało się gigantyczne miasto, spowite gęstniejącą w kierunku horyzontu mgłą. Metropolia tonęła w różowo-żółtych promieniach zachodzącego słońca, które otaczały nas ze wszystkich stron rozpraszane na mgle. W dole majaczyły kontury budynków, które obserwowane z innej perspektywy byłyby drapaczami chmur. Ze 101 piętra Shanghai Financial Center wszystko to wyglądało jednak jak miniaturowa makieta. Ten obraz zafascynował nas na tyle, że postanowiliśmy poczekać na górze jeszcze chwilę, by zobaczyć miasto rozświetlone nocą.

01020304

Wieczór był dosyć zimny i wiał silny wiatr, toteż dalsze etapy zwiedzania odłożyliśmy na kolejny dzień. Chcieliśmy jeszcze odwiedzić szanghajską starówkę oraz dzielnicę francuską. Oba te miejsca są dzisiaj ostoją handlu, choć zupełnie różnego rodzaju. W dzielnicy francuskiej pełno jest zachodnich sklepów, centrów handlowych i nowoczesnych restauracji. Na starówce natomiast zadomowili się drobni handlarze – niektórzy sprzedają wprost na ulicy, inni dorobili się własnych lokali, wypełnionych po brzegi dosłownie wszystkim – począwszy od plastikowego kiczu, poprzez różne części garderoby, a na wystylizowanych na antyki serwisach do herbaty skończywszy. Doszukaliśmy się również breloczków w postaci niewielkich, zgrzanych woreczków wypełnionych kolorową wodą, w której pływała żywa złota rybka. Jacek próbował nawet uświadomić sprzedawczynię, że w naszej części świata zakrawa to o znęcanie się nad zwierzętami. Rybka miała bowiem do dyspozycji przestrzeń niewiele większą od niej samej. Kilkunastoletnia dziewczyna jednak albo nie rozumiała po angielsku, albo bardzo dobrze to udawała. W dzikim, targowym tłumie należało dość bacznie pilnować plecaków i kieszeni, byliśmy bowiem świadkami sytuacji, gdy starszy, pokaźnie zbudowany Australijczyk ze zdziwieniem odkrywał brak portfela. Nie wiemy, jak ta historia się skończyła, jednak z całą pewnością złodziej w takim tłoku pozostał nierozpoznany.

01020304

Wstąpiliśmy do jednego ze sklepów z herbatą i mnóstwem filiżanek oraz akcesoriów służących do jej parzenia. Już od wejścia zostaliśmy porwani na pokaz ceremonii parzenia połączony z degustacją. Dobrze mówiąca po angielsku sprzedawczyni przez dobrych kilkadziesiąt minut opowiadała nam o różnych gatunkach tego napoju, właściwych temperaturach parzenia, a także o tym, ile razy można zalewać jedną herbatę. Okazuje się, że kilkukrotne użycie tych samych liści nie jest przejawem osobliwej oszczędności, a wysublimowanego smaku. Niektóre gatunki herbaty zyskują bowiem na smaku w kolejnych parzeniach. Rzecz dotyczy oczywiście gatunkowych herbat liściastych, także zielonych, a w przypadku niektórych pożądane jest nawet wylanie pierwszego wywaru. Po wysłuchaniu tego wykładu postanowiliśmy kupić w tym sklepie mnóstwo herbaty, przeznaczonej na prezenty dla znajomych w Polsce. Wyszliśmy ze sklepu objuczeni niczym zbieracze na herbacianych plantacjach.

000102
 

Zhujajio - chińska Wenecja

Przedostatniego dnia naszej wyprawy chcieliśmy oderwać się od wielkomiejskiej atmosfery i pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka Zhujajio – nazywanego w przewodnikach „chińską Wenecją”. Choć określenie to na pierwszy rzut oka wydaje się przesadzone, trzeba jednak przyznać, że położone pośród gęstej sieci kanałów miasteczko ma swój wyjątkowy urok. Składają się na niego nie tylko setki kamiennych mostków i gondol, ale także kręte i bardzo wąskie uliczki. Panuje na nich straszny tłok, powodowany obecnością dosłownie tysięcy turystów, oraz, jak zawsze w takich miejscach, mnóstwa handlarzy. Wszystko to jednak w tym mieście wyjątkowo do siebie pasuje, a ta szczególna mieszanina jest czymś więcej, niż tylko sumą swoich składników. Imponujące są też drobne szczegóły, jak na przykład pięknie zdobione wykończenia dachów. Warto też zajrzeć w kilka węższych zaułków, gdyż ciekawość zostaje zazwyczaj nagrodzona nietypowym widokiem: być może będzie to stojące nad wodą przedziwne bambusowe krzesełko, może całująca się para młoda odziana w weselne stroje, albo po prostu nietypowo oświetlony architektoniczny detal. Byliśmy chyba w niezłych nastrojach, ponieważ to wszystko wydało nam się fascynujące. Fascynujący był również sposób przyrządzania dań w restauracji. Usiedliśmy w ogródku nad dość brudnym kanałem i zastanawialiśmy się, czy serwowane we wszystkich restauracjach ryby odławiane są właśnie stąd. Wkrótce okazało się jednak, że nie – przynajmniej nie na oczach klientów. Na zapleczu stały bowiem akwaria, z których w miarę potrzeb wyciągane były jeszcze żywe stworzenia. Złożyliśmy zamówienie i z zaciekawieniem oglądaliśmy, jak realizuje się ono nad jednym z akwariów. W drodze do kuchni żywotna ryba wyślizgnęła się kelnerce z rąk, padając z głośnym mlaśnięciem na chodnik. Kelnerka podniosła rybę, obejrzała się w naszą stronę i zauważając, że jesteśmy świadkami całego tego spektaklu, skwitowała sytuację przepraszającym i serdecznym uśmiechem. My zaś zaczęliśmy się głośno śmiać, bowiem ostatniego dnia podróży niewiele już nas mogło w Chinach zdziwić.

0102030405060708
 

Chińska dyskoteka

Po powrocie ze Zhujajio do Szanghaju zdecydowaliśmy się jeszcze uczcić ostatni wieczór wycieczki w modnej dyskotece. Chcieliśmy zobaczyć, jak bawi się tutejsza młodzież. Klub M2 mieścił się w nowoczesnej galerii handlowej i, sądząc po bawiących się w środku gościach, był celem weekendowych pielgrzymek szanghajskich yuppies oraz bogatszych turystów z Zachodu. Zabawa była zbliżona do europejskich standardów, przeważała czarna muzyka znana ze stacji w rodzaju Vivy czy MTV. Na parkiecie panował ścisk, jednak większość osób tańczyła w pojedynkę. Pary, które widzieliśmy, stanowiły najczęściej mieszane towarzystwo, w którym przynajmniej jedna osoba była biała. Wysokie ceny nie przeszkodziły jednak niektórym gościom wypić o jeden kieliszek za dużo, wtedy zazwyczaj układali się do snu i nie niepokojeni przez nikogo zbierali siły, by opuścić klub. Liczba gości zmniejszyła się około 1 w nocy, my natomiast niewiele później opuściliśmy klub. Na zewnątrz, mimo bardzo późnej pory, biegały kilkuletnie dzieciaki, sprzedające wychodzącym parom czerwone róże. Wróciliśmy taksówką z powrotem do hostelu.

Czytaj dalej: Powrót i cuda techniki

 


51.jpg
Forum podróżnicze