Hongkong - pierwsze wrażenia

Do Hongkongu dostaliśmy się niejako „na raty”. Dolecieliśmy do Shenzhen – miasta na granicy Chin i Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkongu, a dalszą część drogi pokonaliśmy autobusem. Na terytorium Hongkongu znajduje się oczywiście bardzo duże, międzynarodowe lotnisko, jednak takie rozwiązanie było znacznie tańsze.

Przed nami w niebo wystrzeliwało gigantyczne miasto. Powodem błyskawicznego rozwoju tego obszaru był fakt, że terytorium to aż do 1997 roku znajdowało się w brytyjskich rękach. Angielskie zwierzchnictwo nad południowym Hongkongiem zostało rozpoczęte w czasach wojen opiumowych w XIX wieku, zaś otaczające miasto tzw. Nowe Terytoria przekazane zostały Brytyjczykom w dzierżawę w 1898 roku. W tym czasie miasto nie bez powodu zyskało miano pomostu między światem wschodu i zachodu, bogacąc się dzięki przepływającymi tą drogą towarami handlowymi. Dziś, jak mieliśmy przekonać się w nadchodzących dniach, przypomina Nowy Jork - nie tylko ze względu na wysokość zabudowy, lecz również z uwagi na bardzo charakterystyczną atmosferę, której dużą część tworzy pędzący ulicami wielokulturowy tłum. Wielokulturowość ta doskonale widoczna jest zarówno w całym mieście, jak i w niewielkich wycinkach centrum: na ulicach, w sklepach i parkach odsetek Żółtych, Hindusów i Białych utrzymuje się mniej więcej na podobnym poziomie. Jedynym napotkanym przez nas miejscem, w którym ta delikatna równowaga spektakularnie się zawalała, był Chungking Mansion – kilka około dwudziestopiętrowych budynków w dzielnicy Kowloon, mieszczących w swych wnętrzach dosłownie wszystko. Na wspólnym parterze znajdował się bazar, wyższe piętra zajmowane były przez niezbyt czyste biura, restauracje i bistra, jeszcze wyżej znajdowały się mieszkania, a niektóre piętra zajmowane były przez hostele oferujące najtańsze chyba noclegi w mieście. W jednym z tych hosteli zarezerwowaliśmy pokoje na dodatkową noc, którą zgodnie z pierwotnym planem mieliśmy spędzać w chińskim Chengdu.

Chungking Mansion był jedyny w swoim rodzaju. Już od samego wejścia nasze zachodnie rysy twarzy ściągały wszystkich okolicznych handlarzy z kilogramami Rolexów, tysiącami czapek Hugo Boss i torebek Luis Vuitton, termosami z chińskimi pierogami i portfelami pełnymi hongkońskich dolarów, które gotowi byli wymieniać na amerykańskie. Baliśmy się jednak, że ich pieniądze drukowane były po godzinach na tych samych maszynach, za pomocą których do czapek i torebek dodrukowywano zachodnie loga, toteż wymienialiśmy walutę w kantorach, lub wypłacaliśmy z kont w bankomatach. W wieżowcach mieszkalnych bardzo osobliwie rozwiązano zagadnienie budowy wind. Po pierwsze, było ich zbyt mało w stosunku do liczby mieszkańców i wjazd na górę wiązał się zazwyczaj z długotrwałym oczekiwaniem w meandrującej kolejce chętnych. Po drugie, w budynkach, które mieliśmy okazję zwiedzić od środka funkcjonowały zazwyczaj dwie windy, z których jedna zatrzymywała się na piętrach parzystych, druga – na nieparzystych. Zupełnie nie mogliśmy zrozumieć, w jaki sposób miało to usprawniać komunikację, zwłaszcza, że wszyscy i tak stali w jednej kolejce oraz wsiadali do windy, która akurat przyjeżdżała. Jeżeli kabina nie zatrzymywała się na docelowym poziomie – korzystano z klatki schodowej, by wejść lub zejść jedno piętro.

 

Hongkong - dalekowschodni Nowy Jork

Pierwszego dnia wieczorem udaliśmy się w stronę zatoki. Po drugiej stronie wody widać było wyspę, nad którą górowało wzgórze Wiktorii – najsłynniejszy punkt widokowy w mieście. Cały przeciwległy brzeg zajmowały nowoczesne wieżowce, wysokość wielu z nich przekraczała 300 metrów. Mimo późnej pory, było niemal tak jasno, jak za dnia. Promenadą przechadzało się mnóstwo turystów. Usiedliśmy na brzegu w oczekiwaniu na „Symfonię Światła” – rozpoczynający się codziennie o godzinie 20-tej spektakl, w trakcie którego oświetlenie budynków po drugiej stronie zatoki zmieniało się w rytm muzyki, puszczanej z rozmieszczonych na nabrzeżu głośników. Był to bardzo oryginalny pomysł na atrakcję turystyczną, która każdego wieczora naszego pobytu w Hongkongu gromadziła dosłownie tysiące widzów. Wydaje się jednak, że cała ta feeria barw i strzelających w niebo świateł i tak niknęła w blasku otaczającego miasta. Równie zachwycający był widok z góry. Mieliśmy okazję podziwiać go zarówno za dnia, wjeżdżając na taras obserwacyjny charakterystycznego dla miasta, szklanego budynku Bank of China, jak i wieczorem, ze Wzgórza Wiktorii. Jednak to właśnie oświetlone nocą miasto robiło na nas największe wrażenie, ukazując swój ogrom i rozmach.

01020304

Jeden dzień pobytu poświęciliśmy w całości na wędrówki po mieście. Przy większych odległościach korzystaliśmy z metra, a zatokę najtaniej i najszybciej było pokonać regularnie kursującymi promami. Bilet w jedną stronę kosztował niecałą złotówkę, zaś podróż trwała około 15 minut. Innego znów dnia przesiedzieliśmy dobrych kilka godzin nad zatoką, obserwując po prostu ludzi i robiąc im zdjęcia. Tego dnia trafiliśmy też na obchody Halloween. W biurowo-rozrywkowej części miasta ulice przemierzały potoki poprzebieranych ludzi, uśmiechniętych i zaczepnych. Ruchem kierowała policja – na skrzyżowaniach i przy przejściach dla pieszych rozciągano taśmy – zatrzymując na zmianę to ruch samochodów, to tłumy przechodniów. Uśmiechnięci ludzie chętnie pozowali do zdjęć.

0102030405060708
 

Dzień w Makau

Któregoś dnia wsiedliśmy również w wodolot, by zwiedzić sąsiednie Makau. Podobnie jak Hongkong, Makau wraca powoli pod chińskie władanie, przez ubiegły wiek podlegało jednak nie brytyjskiej, ale portugalskiej administracji. Ślady wpływów kultury śródziemnomorskiej widoczne są tam bardzo wyraźnie – głównie w charakterystycznej architekturze sakralnej i dużej ilości zieleni. Nawet dzielnice slumsów z wyglądu przypominają raczej południowoamerykańskie fawele, niż brudne, pekińskie zaułki, które widzieliśmy wcześniej. Pierwsze kroki skierowaliśmy do muzeum formuły 3, w którym za darmo można obejrzeć bolidy, które przyniosły pierwsze sukcesy Michaelowi Schumacherowi, Kimiemu Raikkonennowi, a także innym, dawnym i obecnym mistrzom. Niestety, nie bardzo zrozumieliśmy łamaną angielszczyznę kustosza i nie wiemy, czy były to oryginalne pojazdy, czy jedynie ich repliki. Makau ma dość dużą motorową tradycję, na krętych uliczkach miasta odbywają się bowiem uliczne wyścigi gokartów i formuły 3. Ponadto, Makau to dziś przede wszystkim dalekowschodnia jaskinia hazardu, która wyrasta na światowego lidera w tej dziedzinie, przewyższając nawet Las Vegas pod względem obrotów. Zwiedziwszy miasto, postanowiliśmy zajrzeć do gigantycznego kasyna, mieszczącego się w najwyższym budynku w Makau, który z zewnątrz przypominać ma kwiat lotosu – symbol tego autonomicznego regionu. Kasyno rozmieszczone było na kilku piętrach, a im wyżej, tym wyższe były minimalne stawki. Z jednego z balkonów obserwowaliśmy w dole ogromną salę, w której kłębili się ludzie, podekscytowani wizją wygranej. Przez chwilę ulegliśmy pokusie i postanowiliśmy również spróbować szczęścia, okazało się jednak, że maszyny nie przyjmowały niewielkich nominałów, którymi z kolei nie gardziły nasze portfele. Cóż, wyjście w kasynie „na zero” w gruncie rzeczy też jest niemałym sukcesem.

01020304

Będąc w Makau osiągnęliśmy najbardziej wysunięty na południe punkt na planie naszej wyprawy. Południowe i tropikalne stały się też temperatury, dochodzące do prawie 30 stopni Celsjusza, mimo, że kończył się właśnie październik. Nieco ponad dwa tygodnie temu przymarzaliśmy nocą na mongolskim stepie, teraz – podziwialiśmy tropikalny zachód słońca, pośród palm i lian. Czas jednak naglił – musieliśmy wracać na chłodniejszą północ, do Szanghaju. To miasto stanowiło ostatni cel naszej podróży.

Czytaj dalej: Szanghaj

 


32.jpg
Forum podróżnicze