Cel: Ułan Bator

Gdy wychodziliśmy na peron irkuckiego dworca nie byliśmy pewni, czy pociąg, do którego zamierzamy wsiąść zabierze nas do Ułan Bator. W rozkładzie jazdy nie widniał taki kierunek, zaś pociąg o numerze wypisanym na naszych biletach zmierzał do zupełnie innego miasta, którego rosyjskobrzmiącej nazwy nikt z nas wcześniej nie słyszał. Znaleźliśmy jednak właściwy wagon, oferujący znacznie wyższy standard, niż pozostałe, a na dodatek - pełen cudzoziemców. Weszliśmy więc do środka. Mieliśmy do dyspozycji zamykany, czteroosobowy przedział. Wszystko wewnątrz pachniało nowością, jasno-szare ściany w połączeniu z zielonym materiałem, którym obite były leżanki, sprawiały wrażenie sterylnej czystości. Dobiegający zewsząd angielsko-francuski szwargot ostatecznie utwierdził nas w przekonaniu, że albo wszyscy w tym wagonie pomyliliśmy drogę, albo pojutrze rano obudzimy się jednak w Ułan Bator. Pociąg ruszył, a my rozłożyliśmy na stole zakupiony w Irkucku prowiant – chleb, konserwy, ogórki, słone paluszki, słodkie ciasteczka, butelkę piwa oraz „Bajkał” - jedną z tańszych wódek, jakie znaleźliśmy na sklepowej półce.

Po około 15 minutach jazdy w uchylonych drzwiach przedziału pojawiła się głowa w milicyjnej czapce z typowo rosyjskim, szerokim rondem. Czujne oczy błyskawicznie zlustrowały zastawiony stół, po czym milicjant łamanym angielskim stwierdził z poważną miną: „Vodka no! Beer OK!”. Nie chcieliśmy problemów – ktoś z siedzących najbliżej „Bajkału” chwycił butelkę i zaczął chować ją do plecaka. W tym momencie jednak w drzwiach przedziału pojawiły się kolejne dwie umundurowane głowy, tym razem o nieco radośniejszych obliczach. Jeden z milicjantów sprostował tą samą łamaną angielszczyzną, odliczając palcem naszą czwórkę: „One, two, three, four – Vodka no! One, two, three, four, five, six, seven – powiedział doliczając jeszcze siebie i dwóch umundurowanych towarzyszy – vodka OK!”. Wybuchnęliśmy śmiechem i wymieniliśmy kilka słów po polsku. Milicjanci od razu podchwycili temat. Powiedzieli, że przejdą się jeszcze do końca wagonu i wrócą do nas, bo tylko z Polakami da się w tym pociągu normalnie porozmawiać.

Rzeczywiście, już po chwili byli z powrotem. Odbyliśmy długą rozmowę o polityce, w trakcie której milicjanci dziwili się mocno polskiej demokracji. Próbowali przekonać nas o dobrych stosunkach ze Związkiem Radzieckim, jakie zrujnowaliśmy przez nasze polskie umiłowanie wolności. Twierdzili wręcz, że zamieniliśmy je na stosunki o charakterze seksualnym, które obecnie odbywa z nami Unia Europejska za pieniądze. Dyskutowaliśmy o wyższości omula nad śledziem, lub na odwrót. Nauczyliśmy się, jak za pomocą pistoletu Makarow otworzyć butelkę z piwem. Dowiedzieliśmy się też, że nocą nasz pociąg zostanie rozdzielony – dwa wagony pojadą do Ułan Bator, a pozostała część pociągu – do syberyjskiego miasta, które widniało na rozkładzie jazdy. Milicjanci od czasu do czasu wychodzili na obchód, a w przerwach całą siódemką próbowaliśmy zobaczyć legendarne dno „Bajkału”. Milicjanci wysiedli po niecałych 100 kilometrach, w Sljudjance. Widocznie na dalszym etapie drogi nikomu z pasażerów nie mogło już stać się nic złego.

020304

Poranek przywitał nas mgłą. Nasz dwuwagonowy pociąg sunął przez stepy w kierunku rosyjsko – mongolskiej granicy. Poczuliśmy chęć zjedzenia czegoś innego, niż mielonka, wątpiliśmy jednak, czy rosyjska kolej pozwoliła sobie na przekształcenie aż połowy pociągu w restaurację. Wątpliwości okazały się słuszne – drugi z wagonów był również wagonem sypialnym. Pogoda na szczęście zaczęła się poprawiać i zza okien mogliśmy podziwiać pomarańczowo – złote połacie, pośrodku których gdzieniegdzie widać było drewniane gospodarstwa, dziurawe szopy i rozpadające się ogrodzenia. Większość z nich wymagała całkowitego remontu, nie były jednak opuszczone, a wszystko wskazywało na to, że ich mieszkańcy trudnią się głównie hodowlą. Tak właśnie wyobrażaliśmy sobie tamten rejon świata.

01020304

Około południa pociąg dotarł do miejscowości Nauszki – przejścia granicznego między Rosją a Mongolią. Ogromny terminal kolejowy z mnóstwem bocznic wyrastał wprost z porośniętego skromną roślinnością pustkowia. Do niewielkiego budynku dworca przytulona była równie mała osada. Konduktorka poinformowała nas, że spędzimy w tym miejscu co najmniej dwie godziny. Opuściliśmy więc wagon, by skorzystać z ciepłych promieni październikowego słońca i rozprostować nogi w stepowym miasteczku na rosyjskich rubieżach. Zeszliśmy cały budynek dworca i obeszliśmy naokoło pocztę. Przy jednej z ubitych dróg znaleźliśmy sklep, w którym postanowiliśmy uzupełnić prowiant. Na ladzie, zamiast kasy, znajdowało się olbrzymie liczydło, za pomocą którego sprzedawczyni odliczyła należność za ogórki i chleb. Wchodząc do sklepu nagle cofnęliśmy się w czasie o dobrych kilkadziesiąt lat, na zewnątrz jednak potężny terminal kolejowy dominujący w krajobrazie przypominał o obecnych czasach. Trzeba jednak przyznać, że bardzo wyraźnie kontrastował z całą resztą Nauszek. Całą czwórką usiedliśmy na murku przed sklepem i z persektywy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku oglądaliśmy czasy obecne, które zmaterializowały się na rosyjsko – mongolskiej granicy w postaci dworca kolejowego. Z refleksyjnego nastroju wyrwał nas widok odjeżdżającego z peronu dwuwagonowego pociągu, w którym pozostały nasze bagaże. Przez chwilę trwaliśmy skonsternowani w milczeniu, okazało się jednak, że wagony są jedynie przetaczane na sąsiedni tor. Postanowiliśmy jednak wrócić do przedziału. Niebawem pociąg ruszył w kierunku przejścia granicznego.

0102030405060708

Na rosyjsko – mongolskim pograniczu spędziliśmy cały dzień – pociąg przemieszczał się w powolnym tempie, a przed samym wjazdem do Mongolii zaliczyliśmy jeszcze jeden długi postój. Dopiero po zachodzie słońca w naszym przedziale pojawiła się młoda, skośnooka celniczka, która zbierała od wszystkich pasażerów paszporty. Wiza do Mongolii była najdroższą pieczątką w naszym paszporcie, wartą aż 60 euro, które opłaciliśmy w ambasadzie w Warszawie. We wniosku wizowym musieliśmy odpowiedzieć między innymi na pytanie, jak długo planujemy przebywać w Mongolii. Wiza, o którą się ubiegaliśmy umożliwiała pobyt nie przekraczający 90 dni. Znając już dokładne ramy czasowe naszej podróży, odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że zamierzamy wjechać do Mongolii trzynastego października, wyjechać natomiast – piętnastego. Nie posiadaliśmy się ze zdumienia, kiedy skrupulatni Mongołowie wydali nam wizy ważne przez dokładnie 3 dni. Oddając nam skontrolowane paszporty, zdumiona celniczka kilka razy przeliczała na palcach ilość godzin, które możemy zgodnie z wizą spędzić w Mongolii, dopytywała, o której godzinie wyruszał będzie pociąg, którym opuścimy Ułan Bator. Wyliczyła, że na teren Chin wjedziemy około godziny dwudziestej drugiej, ostatniego dnia ważności naszej wizy. Ewentualne opóźnienie pociągu spowodowałoby, że musielibyśmy na granicy opłacić karę w wysokości 150 dolarów za osobę, za każdy dzień spóźnienia. Postanowiliśmy, że po przyjeździe do Ułan Bator spróbujemy przedłużyć wizy. Chyba nikt z nas nie przypuszczał wcześniej, że w pewien październikowy poranek przyjdzie nam stanąć w kolejce do biura imigracyjnego w Mongolii.

Czytaj dalej: Mongolia

 


44.jpg
Forum podróżnicze