Ułan Bator

Do Ułan Bator dotarliśmy bardzo wczesnym rankiem. Stepy okalające miasto oddały już całe nagromadzone poprzedniego dnia ciepło, nocne niebo dopiero zaczynało jaśnieć i panował przenikliwy chłód. Miasto spowijał smog, który początkowo wzięliśmy za poranną mgłę. Nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego pokoju, jednak już na peronie otrzymaliśmy wizytówki hostelu UB Guesthouse, rekomendowanego przez przewodnik Lonely Planet. Skorzystaliśmy z oferty i udaliśmy się do taksówki. Kierowca zatrzymał się przed zaniedbanym blokiem mieszkalnym, w popegieerowskim stylu, w którym jedno z mieszkań zaadaptowano na schronisko turystyczne. Standard pozostawiał wiele do życzenia, jednak hostel nadrabiał bardzo pomocną i przyjazną obsługą, międzynarodowym towarzystwem w środku i darmowym internetem. Po przyjeździe opłaciliśmy nocleg oraz, korzystając z okazji, dopytaliśmy właściciela o atrakcje turystyczne oferowane przez Ułan Bator i okolice. Namówił nas na wyprawę do oddalonego o 400 kilometrów Karakorum – dawnej stolicy imperium. Przyjeżdżając do Mongolii nastawiliśmy się raczej na oglądanie przyrody, niż zwiedzanie miast, stwierdziliśmy więc, że niemal 8-godzinna przejażdżka w jedną stronę, połączona z noclegiem w jurcie, będzie dobrą okazją do spełnienia planu. Do celu dowieźć miał nas Enkhee, niespełna 20-letni kuzyn właściciela hostelu. Wyjazd zaplanowaliśmy na wczesne popołudnie, mieliśmy więc jeszcze kilka godzin, by przejść się chwilę po mieście i załatwić formalności związane z przedłużeniem wizy i odbiorem biletów do Pekinu.

0102

W drodze do biura imigracyjnego poszliśmy nawet do fotografa i zrobiliśmy sobie zdjęcia, które należało dołączyć do wniosków. Nim jednak dotarliśmy do urzędu, znaleźliśmy biuro podróży, w którym czekać miały na nas bilety kolejowe. Pani w informacji powiedziała nam, że pociąg najprawdopodobniej opuści Mongolię około dwudziestej pierwszej i że duże opóźnienie, które spowodowałoby konieczność zapłacenia przez nas kary za nieważną wizę, jest raczej mało prawdopodobne. Stwierdziliśmy, że podejmiemy ryzyko i zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczymy na bardziej przyziemne potrzeby, jak śniadanie i spacer po coraz cieplejszym Ułan Bator. Pochodziliśmy chwilę po centrum i nabraliśmy pierwszego, aczkolwiek chyba celnego wyobrażenia o mieście.

0102030405060708

Znajdowaliśmy się w ścisłym centrum, które sprawiało wrażenie dostatniego, lecz nieco przysypanego kurzem. Po drodze mijaliśmy zdążających do pracy w porannym pośpiechu mieszkańców, którym w wyobraźni dopisywaliśmy historie życia, głównie na podstawie stroju i fizjonomii. Niektórzy z nich zmierzali zapewne do biur w jednym z dwóch - trzech szklanych biurowców, które minęliśmy w centrum, zdecydowana większość wydawała się jednak pracować w sektorze drobnego handlu i usług, którego przejawy widać było na każdym niemal kroku. Próbowaliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak w oczach mijanych przez nas przechodniów wyglądają przyziemne marzenia o dostatku, dobrej pracy i życiowym spełnieniu. Nie wyglądali na nieszczęśliwych. Nasza europejska miara sukcesu zupełnie jednak nie pasowała do stolicy Mongolii, która w towarzyszącym nam w drodze książkowym przewodniku po trasie kolei transsyberyjskiej, została określona jako „sprawiająca wrażenie, jakby mieszkańcy wkrótce zamierzali odkoczować w inne miejsce”. To bardzo celne podsumowanie Ułan Bator, które potwierdzało się na każdym kroku. Dziurawe chodniki przysypane były stepowym piachem, a większość budynków od lat nie zaznała remontu. Zamożniejsi mieszkańcy stolicy strzepywali uliczny kurz z nieźle skrojonych garniturów i wchodzili do swoich biur. Ułan Bator wymagało jednak gruntownego odświeżenia, aby tamtejsza miara sukcesu zrównała się z zachodnimi standardami.

 

Przez stepy Mongolii do Karakorum

Wróciliśmy do hostelu. Kierowca, który miał zawieźć nas do Karakorum dopiero zaczynał swoją przygodę z językiem angielskim. O ile dobrze zrozumieliśmy to, co chciał nam przekazać – od dwóch miesięcy regularnie przeglądał angielsko – mongolski słownik, więc rozmowa z nim była trochę męcząca. Niewiele większy był jego staż za kierownicą i mało brakowało, byśmy już na parkingu zakończyli naszą podróż na wyjeżdżającym z sąsiedniego miejsca samochodzie. Styl jazdy w Mongolii w ogóle pozostawia wiele do życzenia. Na ulicach panuje niesamowity chaos, pasy ruchu na jezdniach wymalowane są w zasadzie tylko dla formalności, podobnie zresztą jak przejścia dla pieszych. W efekcie przejazd przez miasto w godzinach szczytu pochłania mnóstwo czasu, a przejście na drugą stronę ulicy nasuwa skojarzenie ze starą grą komputerową „Frogger”, w której wcielając się w postać żaby należało pokonać ruchliwą autostradę. Dodatkowo, nasz kierowca za pomocą kilku rzeczowników wyznał, że fascynują go rajdy samochodowe. Zapowiadała się ciekawa podróż i już po piętnastu minutach w samochodzie byliśmy gotowi na wszystko. Wiele jednak miało się wydarzyć.

010203

Standard dróg w Mongolii nie odbiegał od tego, co widzieliśmy w Ułan Bator. Nie zdziwiło nas specjalnie, że w pewnym momencie na środku asfaltowej drogi wyrósł znak kierujący na objazd – czekała nas kilkunastokilometrowa podróż po ubitych, piaskowych bezdrożach, rozjeżdżonych przez ciężkie ciężarówki. W labiryncie szutrowych ścieżek, którymi poorane było pustkowie, jedyny drogowskaz stanowiły widoczne na horyzoncie tumany kurzu ciągnące się za nielicznymi samochodami. Enkhee dawał upust swojej rajdowej duszy, a nasz pojazd przelatywał nad wybojami dłuższy dystans, niż pokonywaliśmy na kołach. Każde lądowanie odczuwaliśmy we wszystkich kościach, a Enkhee co jakiś czas zatrzymywał zadbany, japoński samochód, by oszacować jego stan. Nie ufaliśmy za bardzo w umiejętności kierowcy i staraliśmy się przy każdej okazji temperować jego zapędy. Na niewiele się to jednak zdawało. Młody Mongoł miał swoją wizję prowadzenia samochodu i zupełnie nieeuropejski nawyk jeżdżenia całą dostępną szerokością nie tylko asfaltu, ale również żwirowego pobocza. Przez całą drogę mijaliśmy inne samochody nie częściej, niż raz na kilka-kilkanaście minut. Często dopytywaliśmy Enkhee’go, dlaczego jedziemy lewą stroną drogi, która w niczym nie była lepsza, od właściwej, prawej. „It’s better” – uparcie odpowiadał Enkhee, a my zupełnie nie rozumieliśmy jego toku myślenia. Raz po raz widzieliśmy na poboczu kopce usypane z kamieni, a nasz kierowca mijając każdy z nich trąbił trzy razy. Podobno miało to zjednać mu przychylność sił nadprzyrodzonych. Byliśmy jednak zdania, że dużo lepszy skutek przyniosłoby jeżdżenie właściwą stroną drogi, tym bardziej, że miał zwyczaj jazdy pod prąd również przed zasłaniającymi drogę pagórkami. Za jednym z nich ujrzeliśmy w oddali na lewym pasie sylwetkę drapieżnego ptaka. Enkhee wyraził tylko zdziwienie i zaczął na niego trąbić. Ptak jednak stał niewzruszenie – nie znając chyba naszego kierowcy tak dobrze, jak my. Zderzyliśmy się z nim z głośnym trzaskiem, a naokoło rozfrunęły się pióra. Spytaliśmy kierowcy, dlaczego nie zwolnił, albo nie zjechał na właściwy pas. Odpowiedział, że przecież trąbił i myślał, że ptak ucieknie. W zderzaku samochodu pojawiło się pęknięcie i kilka rys na lakierze, a przy najbliższych kamiennych kopcach Enkhee trąbił ze wzmożoną siłą. „Wyspowiadał się” – skwitował Piotrek.

01020304

Bóstwa były tego dnia dla nas łaskawe. Jakieś kilkanaście kilometrów przed Karakorum dojeżdżaliśmy do jedynego chyba skrzyżowania w promieniu kilkuset kilometrów. Skręciliśmy w prawo łapiąc odrobinę szutrowego pobocza i w tym momencie wyprzedziła nas olbrzymia, rosyjska ciężarówka. Enkhee z rozbrajającym uśmiechem zakomunikował, że jej nie zauważył. Od tego momentu zaczęliśmy baczniej obserwować drogę – nasz kierowca wyczerpał kredyt zaufania, którym zbyt pochopnie go obdarzyliśmy.

 

Karakorum, środek Mongolii i pustynia

Do naszej jurty w Karakorum dotarliśmy już po zmierzchu. Namiot był bardzo duży, wzdłuż jego materiałowych ścian porozstawiane były łóżka, a na środku, pod otworem kominowym ustawiony był piec podobny do typowej „kozy”. Zjedliśmy podaną przez gospodarzy kolację i wyruszyliśmy na nocną eskapadę do pobliskiego sklepu, w którym ciężko było się dogadać nie znając języka. Wcześniej Enkhee nauczył nas tylko kilku niecenzuralnych słów po mongolsku. Po powrocie do jurty obserwowaliśmy wyjątkowo rozgwieżdżone niebo i rozegraliśmy kilka partii pokera. Umówiliśmy się, że zwycięzca nie będzie musiał wstawać w nocy, by dołożyć drewna do pieca. Jedna porcja paliwa wystarczała na około dwie godziny, spaliśmy jednak na tyle twardo, że w ciągu nocy musieliśmy rozpalać ogień od nowa.

01020304

Ranek był bezchmurny, ale rześki. Po śniadaniu opuściliśmy jurtę i wyruszyliśmy do buddyjskiego klasztoru. Budowla robiła niesamowite wrażenie – rozległy kompleks wyrastał przed nami nagle ze stepów, a kolorowe pawilony świątyń przysypane były pustynnym kurzem. W odległym zakątku klasztoru dostrzegliśmy modlących się mnichów. Przewodniczka z niespotykaną jak na swój młody wiek pasją opowiadała bardzo płynną angielszczyzną o malowidłach zdobiących świątynne ściany, przedstawieniach bóstw, klasztornym życiu, a także o starej i nowej historii Mongolii. Słuchaliśmy zafascynowani, pochłonięci całkowicie egzotyczną i nieco tajemniczą atmosferą tego miejsca.

01020304

Jeszcze przed południem wyruszyliśmy w drogę powrotną. W planie mieliśmy jeszcze krótki postój w geograficznym środku Mongolii i konną przejażdżkę po pustynnych piaskach. Centralny punkt państwa wyznaczony został jako miejsce na przecięciu odcinków łączących najbardziej wysunięte punkty obrysu granic Mongolii i materializował się w stepowym krajobrazie poprzez wysoki obelisk. Zatrzymaliśmy się w okolicy by zrobić chwilę przerwy w podróży i zaczerpnąć trochę powietrza, po czym udaliśmy się samochodem w kierunku piaszczystych wydm.

01020304

Zza okien samochodu widywaliśmy często stada koni pasących się pod opieką pasterzy odzianych w charakterystyczne ciężkie płaszcze przewiązane szerokim, jaskrawym pasem. Strój ten był bardzo tradycyjny, sztuka krawiecka w tamtym regionie świata najwyraźniej niewiele zmieniła się przez stulecia. Podobnie zresztą, jak budownictwo – znalezienie rozstawionej jurty nie było trudne nawet w mongolskiej stolicy. Mieszkanie w namiotach ułatwiało dawniej prowadzenie koczowniczego trybu życia, a fakt, że do dziś jurty bardzo silnie wpisane są w krajobraz mongolskich osad świadczy o tym, że niewiele zmienił się styl życia mieszkańców. Do dziś zajmują się oni hodowlą koni Przewalskiego, czyli mniejszych pobratymców rumaków popularnych w naszym regionie Europy. Koczowniczy tryb życia Mongołów zrodził się z konieczności poszukiwania nowych pastwisk.

0102

Zboczyliśmy trochę z głównej szosy i dotarliśmy do kilku jurt rozstawionych nieco na uboczu. Wokół namiotów uwiązane były konie Przewalskiego. Przymocowana do jednego ze słupów antena satelitarna przypominała jednak, że zdobycze technologii docierają również w takie miejsca. Przesiedliśmy się na konie i ruszyliśmy w kierunku piaszczystych wydm, gdzie, niczym dzieci w piaskownicy, ogarnęło nas dzikie szaleństwo. Dziarski, mongolski staruszek opiekujący się końmi zachęcał nas do zapasów, zaskoczyła nas jednak jego siła i zwinność. W drodze powrotnej jeden z koni rozszalał się z niewiadomego powodu, płosząc również pozostałe zwierzęta. Niektórym udało się uspokoić swojego rumaka szybciej, inni zaliczyli kilkusetmetrowy cwał, jeszcze inni wyskakiwali z siodła. Na szczęście wszystko skończyło się jedynie nieoczekiwanym przypływem adrenaliny.

0102030405060708
 

Ułan Bator ponownie, czyli mongolskie zwyczaje

Do stolicy dojeżdżaliśmy już po zmroku. Wieczorny szczyt i zamiłowanie Mongołów do interpretowania przepisów drogowych na własną rękę o dobrych kilkadziesiąt minut wydłużyły nam powrót. W Ułan Bator utknęliśmy w korku, w którym każdy trąbił na każdego, samochody ustawione były do siebie pod najróżniejszymi kątami i gdybyśmy mogli zobaczyć ten korek z góry, zapewne nie odgadnęlibyśmy kto w którą stronę zamierzał jechać. Ogólny bałagan pogłębiali jeszcze przeciskający się między samochodami przechodnie. Staliśmy prawdopodobnie w najbardziej chaotycznym korku na świecie i do dziś nikt z nas nie ma pojęcia jak to się stało, że udało się jakoś z niego wyjechać. Nasz mongolski rajdowiec próbował urozmaicić nam czas i wcielić się w rolę przewodnika. Mijaliśmy właśnie ogromny pomnik człowieka na koniu, którego Enkhee określił jako wielkiego mongolskiego bohatera. Gdy spytaliśmy, jak ten bohater się nazywa i kim był, odparł z rozbrajającą szczerością: „I don’t know…”

Na zakończenie naszego pobytu w Mongolii udaliśmy się jeszcze na kolację. W tym miejscu należy wspomnieć o lokalnej kuchni, która, oględnie mówiąc, nie rzuciła nas na kolana. Spacerując pierwszego dnia rano po Ułan Bator trafiliśmy wprawdzie do restauracji z bardzo smacznym jedzeniem, jednak serwowane potrawy pochodziły z tradycji chińskiej. Po raz pierwszy w trakcie podróży mieliśmy też okazję zamienić europejskie noże i widelce na tradycyjne azjatyckie pałeczki. Chcieliśmy jednak spróbować także typowo lokalnych przysmaków. Ciekawość okazała się w tym wypadku pierwszym stopniem do kulinarnego piekła. Bardzo możliwe, że mieliśmy zwyczajnego pecha i z niedających się nijak zinterpretować restauracyjnych menu pisanych mongolską cyrylicą wybieraliśmy zawsze najdziwniejsze potrawy. Niewykluczone, że mogły być nawet dość precyzyjnie opisane w jadłospisach po mongolsku, a uśmiechy nie znających angielskiego kelnerów, które interpretowaliśmy jako oznakę sympatii, w rzeczywistości skrywały pytanie: „Czy naprawdę chcecie zamówić Kopiasty Talerz Mongolskich Zacierków ze Skwarkami i Smalcem?”.

01

Czytaj dalej: Chiny: Pekin, Xi'an i Chengdu

 


47.jpg
Forum podróżnicze