Przez stepy Mongolii do Karakorum

Wróciliśmy do hostelu. Kierowca, który miał zawieźć nas do Karakorum dopiero zaczynał swoją przygodę z językiem angielskim. O ile dobrze zrozumieliśmy to, co chciał nam przekazać – od dwóch miesięcy regularnie przeglądał angielsko – mongolski słownik, więc rozmowa z nim była trochę męcząca. Niewiele większy był jego staż za kierownicą i mało brakowało, byśmy już na parkingu zakończyli naszą podróż na wyjeżdżającym z sąsiedniego miejsca samochodzie. Styl jazdy w Mongolii w ogóle pozostawia wiele do życzenia. Na ulicach panuje niesamowity chaos, pasy ruchu na jezdniach wymalowane są w zasadzie tylko dla formalności, podobnie zresztą jak przejścia dla pieszych. W efekcie przejazd przez miasto w godzinach szczytu pochłania mnóstwo czasu, a przejście na drugą stronę ulicy nasuwa skojarzenie ze starą grą komputerową „Frogger”, w której wcielając się w postać żaby należało pokonać ruchliwą autostradę. Dodatkowo, nasz kierowca za pomocą kilku rzeczowników wyznał, że fascynują go rajdy samochodowe. Zapowiadała się ciekawa podróż i już po piętnastu minutach w samochodzie byliśmy gotowi na wszystko. Wiele jednak miało się wydarzyć.

010203

Standard dróg w Mongolii nie odbiegał od tego, co widzieliśmy w Ułan Bator. Nie zdziwiło nas specjalnie, że w pewnym momencie na środku asfaltowej drogi wyrósł znak kierujący na objazd – czekała nas kilkunastokilometrowa podróż po ubitych, piaskowych bezdrożach, rozjeżdżonych przez ciężkie ciężarówki. W labiryncie szutrowych ścieżek, którymi poorane było pustkowie, jedyny drogowskaz stanowiły widoczne na horyzoncie tumany kurzu ciągnące się za nielicznymi samochodami. Enkhee dawał upust swojej rajdowej duszy, a nasz pojazd przelatywał nad wybojami dłuższy dystans, niż pokonywaliśmy na kołach. Każde lądowanie odczuwaliśmy we wszystkich kościach, a Enkhee co jakiś czas zatrzymywał zadbany, japoński samochód, by oszacować jego stan. Nie ufaliśmy za bardzo w umiejętności kierowcy i staraliśmy się przy każdej okazji temperować jego zapędy. Na niewiele się to jednak zdawało. Młody Mongoł miał swoją wizję prowadzenia samochodu i zupełnie nieeuropejski nawyk jeżdżenia całą dostępną szerokością nie tylko asfaltu, ale również żwirowego pobocza. Przez całą drogę mijaliśmy inne samochody nie częściej, niż raz na kilka-kilkanaście minut. Często dopytywaliśmy Enkhee’go, dlaczego jedziemy lewą stroną drogi, która w niczym nie była lepsza, od właściwej, prawej. „It’s better” – uparcie odpowiadał Enkhee, a my zupełnie nie rozumieliśmy jego toku myślenia. Raz po raz widzieliśmy na poboczu kopce usypane z kamieni, a nasz kierowca mijając każdy z nich trąbił trzy razy. Podobno miało to zjednać mu przychylność sił nadprzyrodzonych. Byliśmy jednak zdania, że dużo lepszy skutek przyniosłoby jeżdżenie właściwą stroną drogi, tym bardziej, że miał zwyczaj jazdy pod prąd również przed zasłaniającymi drogę pagórkami. Za jednym z nich ujrzeliśmy w oddali na lewym pasie sylwetkę drapieżnego ptaka. Enkhee wyraził tylko zdziwienie i zaczął na niego trąbić. Ptak jednak stał niewzruszenie – nie znając chyba naszego kierowcy tak dobrze, jak my. Zderzyliśmy się z nim z głośnym trzaskiem, a naokoło rozfrunęły się pióra. Spytaliśmy kierowcy, dlaczego nie zwolnił, albo nie zjechał na właściwy pas. Odpowiedział, że przecież trąbił i myślał, że ptak ucieknie. W zderzaku samochodu pojawiło się pęknięcie i kilka rys na lakierze, a przy najbliższych kamiennych kopcach Enkhee trąbił ze wzmożoną siłą. „Wyspowiadał się” – skwitował Piotrek.

01020304

Bóstwa były tego dnia dla nas łaskawe. Jakieś kilkanaście kilometrów przed Karakorum dojeżdżaliśmy do jedynego chyba skrzyżowania w promieniu kilkuset kilometrów. Skręciliśmy w prawo łapiąc odrobinę szutrowego pobocza i w tym momencie wyprzedziła nas olbrzymia, rosyjska ciężarówka. Enkhee z rozbrajającym uśmiechem zakomunikował, że jej nie zauważył. Od tego momentu zaczęliśmy baczniej obserwować drogę – nasz kierowca wyczerpał kredyt zaufania, którym zbyt pochopnie go obdarzyliśmy.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

46.jpg
Forum podróżnicze