Karakorum, środek Mongolii i pustynia

Do naszej jurty w Karakorum dotarliśmy już po zmierzchu. Namiot był bardzo duży, wzdłuż jego materiałowych ścian porozstawiane były łóżka, a na środku, pod otworem kominowym ustawiony był piec podobny do typowej „kozy”. Zjedliśmy podaną przez gospodarzy kolację i wyruszyliśmy na nocną eskapadę do pobliskiego sklepu, w którym ciężko było się dogadać nie znając języka. Wcześniej Enkhee nauczył nas tylko kilku niecenzuralnych słów po mongolsku. Po powrocie do jurty obserwowaliśmy wyjątkowo rozgwieżdżone niebo i rozegraliśmy kilka partii pokera. Umówiliśmy się, że zwycięzca nie będzie musiał wstawać w nocy, by dołożyć drewna do pieca. Jedna porcja paliwa wystarczała na około dwie godziny, spaliśmy jednak na tyle twardo, że w ciągu nocy musieliśmy rozpalać ogień od nowa.

01020304

Ranek był bezchmurny, ale rześki. Po śniadaniu opuściliśmy jurtę i wyruszyliśmy do buddyjskiego klasztoru. Budowla robiła niesamowite wrażenie – rozległy kompleks wyrastał przed nami nagle ze stepów, a kolorowe pawilony świątyń przysypane były pustynnym kurzem. W odległym zakątku klasztoru dostrzegliśmy modlących się mnichów. Przewodniczka z niespotykaną jak na swój młody wiek pasją opowiadała bardzo płynną angielszczyzną o malowidłach zdobiących świątynne ściany, przedstawieniach bóstw, klasztornym życiu, a także o starej i nowej historii Mongolii. Słuchaliśmy zafascynowani, pochłonięci całkowicie egzotyczną i nieco tajemniczą atmosferą tego miejsca.

01020304

Jeszcze przed południem wyruszyliśmy w drogę powrotną. W planie mieliśmy jeszcze krótki postój w geograficznym środku Mongolii i konną przejażdżkę po pustynnych piaskach. Centralny punkt państwa wyznaczony został jako miejsce na przecięciu odcinków łączących najbardziej wysunięte punkty obrysu granic Mongolii i materializował się w stepowym krajobrazie poprzez wysoki obelisk. Zatrzymaliśmy się w okolicy by zrobić chwilę przerwy w podróży i zaczerpnąć trochę powietrza, po czym udaliśmy się samochodem w kierunku piaszczystych wydm.

01020304

Zza okien samochodu widywaliśmy często stada koni pasących się pod opieką pasterzy odzianych w charakterystyczne ciężkie płaszcze przewiązane szerokim, jaskrawym pasem. Strój ten był bardzo tradycyjny, sztuka krawiecka w tamtym regionie świata najwyraźniej niewiele zmieniła się przez stulecia. Podobnie zresztą, jak budownictwo – znalezienie rozstawionej jurty nie było trudne nawet w mongolskiej stolicy. Mieszkanie w namiotach ułatwiało dawniej prowadzenie koczowniczego trybu życia, a fakt, że do dziś jurty bardzo silnie wpisane są w krajobraz mongolskich osad świadczy o tym, że niewiele zmienił się styl życia mieszkańców. Do dziś zajmują się oni hodowlą koni Przewalskiego, czyli mniejszych pobratymców rumaków popularnych w naszym regionie Europy. Koczowniczy tryb życia Mongołów zrodził się z konieczności poszukiwania nowych pastwisk.

0102

Zboczyliśmy trochę z głównej szosy i dotarliśmy do kilku jurt rozstawionych nieco na uboczu. Wokół namiotów uwiązane były konie Przewalskiego. Przymocowana do jednego ze słupów antena satelitarna przypominała jednak, że zdobycze technologii docierają również w takie miejsca. Przesiedliśmy się na konie i ruszyliśmy w kierunku piaszczystych wydm, gdzie, niczym dzieci w piaskownicy, ogarnęło nas dzikie szaleństwo. Dziarski, mongolski staruszek opiekujący się końmi zachęcał nas do zapasów, zaskoczyła nas jednak jego siła i zwinność. W drodze powrotnej jeden z koni rozszalał się z niewiadomego powodu, płosząc również pozostałe zwierzęta. Niektórym udało się uspokoić swojego rumaka szybciej, inni zaliczyli kilkusetmetrowy cwał, jeszcze inni wyskakiwali z siodła. Na szczęście wszystko skończyło się jedynie nieoczekiwanym przypływem adrenaliny.

0102030405060708
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

08.jpg
Forum podróżnicze