Powrót - kolej magnetyczna i Airbus A380

Ostatniego dnia podróży czekało nas kilka atrakcji technologicznej natury. Odlatywaliśmy z gigantycznego lotniska Pudong, które połączone jest z centrum Szanghaju około 30-kilometrowym odcinkiem kolei magnetycznej. Pociąg Transrapid rozwija na trasie prędkość 431 km/h. Cała podróż zajmuje kilka minut, z czego przejazd z maksymalną prędkością trwa około minuty. Przez resztę czasu pociąg rozpędza się lub hamuje. Trasę obsługują wahadłowo dwa pociągi, jeżdżące po dwóch sąsiadujących ze sobą betonowych torach umieszczonych na wysokich słupach. Niesamowite wrażenie sprawia moment mijania się pojazdów, przy prawie maksymalnych prędkościach. Kilkusetmetrowej długości pociągi przejeżdżają obok siebie dosłownie w ułamku sekundy. Szanghajski odcinek kolei magnetycznej został wybudowany przez niemieckie konsorcjum i w owym czasie był jedyną komercyjnie wykorzystywaną konstrukcją tego typu na świecie. Rozmach, z jakim Chiny dołączają do światowej czołówki technologicznej robi imponujące wrażenie. Dla przylatujących na Pudong pasażerów Transrapid jest w zasadzie pierwszym zetknięciem z Chinami. Potem trafiają do Szanghaju – miasta, które również stanowi bardzo dobrą wizytówkę kraju. Wszyscy, którzy zakończą wizytę w Państwie Środka na tym mieście mogą wyjechać stamtąd z zupełnie innym obrazem Chin. Czasami jednak wystarczy zapuścić się nieco głębiej, by uświadomić sobie, że ten kraj potrzebuje jeszcze wiele gruntownej pracy, by zatrzeć różnice w poziomie życia mieszkańców. To, co dzieje się w Szanghaju przypomina raczej malowanie trawy na zielono, by sprawić dobre wrażenie. Trzeba jednak przyznać, że do tego malowania Chińczycy wybrali najpiękniejszy, szmaragdowy odcień, który ma onieśmielać i olśniewać już od samego początku. Być może poddalibyśmy się tym zabiegom, ale nie weszliśmy główną bramą. Pozostała część kraju, choć w niektórych miejscach z pewnością dorównuje Szanghajowi, nadal jednak wymaga solidnego remontu.

01020304

Nasz samolot linii Emirates do Dubaju odlatywał po godzinie 22-giej. Lot trwał około 8 godzin. W Dubaju przesiadaliśmy się na rejs do Londynu, realizowany przez największy samolot pasażerski na świecie – Airbus A380. Lot tym kolosem był ostatnią atrakcją w czasie naszej ponadmiesięcznej wyprawy. Już przez okna terminala próbowaliśmy wypatrywać ogromnych maszyn, jednak na nasz opóźniony lot czekaliśmy w części lotniska, z której nie było widać nic, oprócz porannej mgły. W zasadzie dopiero z okien samolotu mogliśmy przyjrzeć się zaparkowanym po sąsiedzku airbusom A380. Rozpiętość ich gigantycznych skrzydeł była niewyobrażalna, imponujące były również potężne silniki, o niemal trzymetrowej średnicy wirnika. Na płycie lotniska wokół maszyn uwijali się pracownicy obsługi naziemnej, którzy z tej perspektywy wyglądali na karłów. Także wnętrze samolotu imponowało rozmiarami. Na dolnym pokładzie znajdowała się klasa ekonomiczna, którą podróżowaliśmy, górny poziom zajmowały natomiast miejsca o wyższym standardzie. Jednak nawet tańsze miejsca oferowały bardzo dobry komfort i, co ważne w trakcie 9-godzinnego lotu, otoczone były wystarczającą ilością wolnego miejsca na bagaż podręczny i nogi. W każdym fotelu znajdował się ekran z pilotem, stanowiący prywatne centrum rozrywki. Można było na nim oglądać filmy, słuchać muzyki i grać w różnego rodzaju gry - samemu, bądź łącząc się przez sieć z graczem zajmującym wskazane siedzenie. Ponadto, na zewnątrz samolotu znajdowały się kamery, które przez cały czas rejsu przekazywały do ekranów obraz z zewnątrz, na który nałożone były najważniejsze parametry lotu. Oglądaliśmy w ten sposób kołowanie, start i lądowanie z niespotykanej dotąd perspektywy.

Na szczególną uwagę zasługuje personel pokładowy w liniach Emirates. Stewardessy i stewardzi pochodzą z różnych krajów i traktują pracę w tych liniach (uważanych skądinąd za jedne z najlepszych na świecie) jako szczytowy punkt kariery. Są zawsze uśmiechnięci i życzliwi, bardzo często zagadują pasażerów z własnej inicjatywy, lub pozwalają sobie na celny, ale sympatyczny żart. Nic dziwnego, skoro, jak wynikało z naszych rozmów, lecą na przykład do Sydney, po czym zostają w mieście kilka dni, by wrócić do ciepłego Dubaju. Za tych kilka lub kilkanaście dni pracy w miesiącu otrzymują na dodatek hojne wynagrodzenie. Słyszycie w tych słowach zazdrość? To nie ona. To podziw dla absolutnego profesjonalizmu w dość ciężkiej dziedzinie związanej z usługiwaniem pasażerom, który bez wątpienia zasługuje na te wszystkie benefity. Choć faktem jest, że w takich liniach, jak Emirates i w takim samolocie, jak Airbus A380 marudni pasażerowie należą raczej do rzadkości.

0102030405060708

Wylądowaliśmy w Londynie. Nasza wyprawa powoli dobiegała końca. Z naszej transazjatyckiej podróży przywoziliśmy mnóstwo wspomnień i całkiem sporo towarów - zazwyczaj o jakości proporcjonalnej do ceny zakupu. Na przykład, ostatniego dnia pobytu w Szanghaju kupiliśmy z Piotrkiem dwa paski do spodni, za równowartość około 20 złotych. Jeden z nich posiadał całkiem dobrze wykonane logo Hugo Bossa, drugi – Calvina Kleina. Jak się miało okazać później, mój pasek nie wytrzymał nawet kilku miesięcy i przerwał się na wysokości dziurki, na którą był zapinany najczęściej. Gdy przed wylotem z Londynu przechodziliśmy przez wykrywacze metalu na lotnisku, bramki wydały z siebie przeraźliwy pisk i poddano nas bardziej szczegółowej kontroli. Wyciągnęliśmy wszystko z kieszeni, zdjęliśmy z siebie bluzy, ujawniając koszulki z logo Lacoste i Polo Ralph Lauren, ściągnęliśmy nawet buty odkrywając logo Joop na skarpetkach, a na koniec – zdjęliśmy paski z nazwiskami panów Bossa i Kleina. Bezcenna była mina celnika, który z teatralnie wyrażanym podziwem przyglądał się całej tej rewii.

Choć chcieliśmy już znaleźć się w domach i dzielić się wrażeniami z podróży, w głowach planowaliśmy już spotkanie w naszym ulubionym pubie. Wspólnie przeżyta egzotyczna przygoda dosyć mocno nas zintegrowała. Należało koniecznie zaplanować kolejną wyprawę.

 


18.jpg
Forum podróżnicze